American dream ROAD TRIP

Share

Dziś kolej na następny odcinek z serii American dream. Tym razem opiszę nasze podboje bezdroży, kanionów i innych cudów natury. Będzie trochę strasznie, trochę śmiesznie i na pewno przepięknie!

Zaczynając od początku, żeby ruszyć w podróż po najodleglejszych trasach USA, musieliśmy wypożyczyć auto. Najpierw marzyło nam się Camaro, ale szybko stwierdziliśmy, że chyba potrzebujemy czegoś większego - padło zatem na typową, amerykańską terenówkę. Wypożyczalni aut jest w Stanach od groma, my wybraliśmy National Car Rental - na tamtą chwilę z najlepszą ofertą i zdecydowanie godni polecenia.

Road trip- droga do Las Vegas

Pierwszy punkt na mapie to LAS VEGAS - miasto grzechu i hazardu :) Do przejechania 560 mil, czyli jakieś 8 godzin nieustannej jazdy ;/ Droga była długa i nudna, zaliczyliśmy tankowanie nieprzyzwoicie taniej benzyny i wieczorem byliśmy na miejscu. Zarezerwowaliśmy pokój w Cesar Palace, który w środku tygodnia ma tak śmieszne ceny, że aż przecierałam oczy z wrażenia. Żeby było jeszcze śmieszniej, dostaliśmy upgrate do wyższego standardu, bo Pan na recepcji miał kolegę Polaka :) Szybki prysznic i ruszyliśmy na podbój miasta. Oprócz największych kasyn i fontanny Bellagio, trzeba szczerze sobie powiedzieć, nic innego tam nie ma. Tak więc po szybkim zwiedzaniu, usiedliśmy przy stole z ruletką, co nie było zbyt dobrym pomysłem - bilans niestety ujemny ;/ 

Las Vegas

Las Vegas Wieża Eifla

Las Vegas Casino

Następnego dnia ruszyliśmy do Antylope Canion. Jechaliśmy prawdziwymi bezdrożami, wokół zero żywej duszy, ciemno jak w d***, tylko lasy, góry i świecące w ciemności oczy dzikiej zwierzyny… O zgrozo, ale ja miałam wtedy w portkach. Karol stwierdził, że naoglądałam się za dużo amerykańskich filmów, ale myślę, że on wtedy też miał pełne gacie ;] No i żeby było jeszcze śmieszniej, jakieś drogi były pozamykane i zabłądziliśmy. Na szczęście pomógł nam szeryf w jakiejś pobliskiej pipidówie i pokierował w odpowiednią stronę. Pierwotnie nie mieliśmy w planach Antylope Canion, ale kolega Karola znalazł jakiś artykuł, w którym właśnie ten kanion został określony mianem najpiękniejszego. No i muszę przyznać, że nawet słowo piękny, nie oddawało w pełni tego zjawiska. To coś nadzwyczajnego i absolutnie polecam to miejsce wszystkim, którzy planują podróż po Stanach.

Antylope Canion widok

Antylope Canion wejście

Antylope Canion środek

Antylope Canion środek

Później skierowaliśmy się do Grand Canion, który niestety okazał się wielkim rozczarowaniem. Wjeżdżając na teren parku była przepiękna, słoneczna pogoda, która w przeciągu 5 min, gdy zdążaliśmy dojechać do pierwszego punktu widokowego, zmieniła się w paskudną. Pojawiła się gęsta mgła i zaczął padać śnieg! Ależ ja wtedy klęłam… Za wiele niestety nie zobaczyliśmy, trochę poczekaliśmy, wiatr miejscami lekko przegonił wiszące w powietrzu „mleko”. Cóż, jak to mówili miejscowi, Grand Canion najlepiej zwiedzać latem - wtedy nie ma ryzyka anomalii pogodowych.

Grand Canion

W drodze do Los Angeles, które będzie tematem kolejnych postów, zboczyliśmy lekko z trasy, że zobaczyć Tamę Hoovera - w końcu Griswoldowie też tam byli :D

Tama Hoovera

Tama Hoovera

Do Miasta Aniołów dzieliło nas 500 mil, ale że było już późno, musieliśmy zrobić obowiązkowy przystanek w Las Vegas, żeby się przespać i odpocząć. Potem nawigacja prowadziła nas już prosto do Los Angeles...

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież