Afera pampersowa, czyli moja odpowiedź na felieton A. Kublik "Pampers z niespodzianką"

Share

Miałam przejść obojętnie obok felietonu Agnieszki Kublik „Pampers z niespodzianką (…)”, ale po ostatnich komentarzach na jego temat i burzy jaką wywołał, nie byłabym sobą, gdybym nie napisała czegoś od siebie.

Redaktorka Gazety Wyborczej, opisała pod koniec zeszłego roku, sytuację która miała miejsce w jednej z warszawskich restauracji:
Siedzimy ze znajomymi w restauracji. Nagle kobieta z naprzeciwka ściąga córce majtasy i zmienia pampersa z niespodzianką. Patrzę na te czynności higieniczne, chociaż wcale nie chcę. Siedzę w końcu nad talerzem z kolacją - pisze Agnieszka Kublik.”
Po przeczytaniu całego felietonu, nie byłam jakoś wielce oburzona reakcją tej Pani. Ba, nawet się z nią zgadzam! Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy siedząc w restauracji, zaczęłabym zmieniać swojemu dziecku pieluchę z kupą! Co dopiero, kiedy miałabym oglądać i wąchać kupsko obcego dziecka, zwłaszcza podczas kolacji!

Felieton wywołał istną burzę w Internecie i mediach. Oczywiście ma swoich zagorzałych zwolenników, jak i jeszcze większych przeciwników, zwłaszcza wśród matek. Ja przeczytałam go bez większych emocji, ale na komentarze i reposty na niego, już spokojnie obok przejść nie mogłam.

Nie rozumiem, jak można być tak oburzonym na słowa kogoś, kto podczas kolacji i spotkania ze znajomymi, musiał oglądać i wąchać ludzką kupę. Nie ma znaczenia, czy kupa jest dziecka czy dorosłego. Śmierdzi tak samo i tak samo może obrzydzić posiłek wszystkim wokoło. Ja jestem bardzo odporna na tego typu historie i być może nie wywołałyby we mnie mdłości, ale z pewnością zażenowanie. Znam też osoby, które na samo słowo kupa, dostają cofki. Czy to coś złego? Jasne, że nie! Każdy jest inny, każdy ma inny próg wrażliwości na pewne rzeczy i jeżeli będziemy trzymać się pewnym norm i zachowań społecznych, to takie sytuacje najzwyczajniej w świecie nie będą występować. Sama mam 2 dzieci i doskonale wiem, że potrzeby fizjologiczne są czymś świętym, zwłaszcza u maluchów. W życiu jednak nie przyszło mi do głowy, aby przebierać pampersa dziecku na kanapie w restauracji, na oczach innych, jedzących w tym czasie posiłek ludzi. W Polsce nie ma nakazu montowania przewijaków w łazienkach, w miejscach publicznych, ale umówmy się, że w dzisiejszych czasach naprawdę bez problemu można iść do restauracji, która jest przyjazna rodzinom i dzieciom. Ja wybierając się na rodzinny obiad z malutkimi jeszcze dziećmi, zawsze chodziłam do sprawdzonych miejsc, z przewijakami i fotelikami dla dzieci. Dziś z kolei, kiedy smrody są starsze i załatwiają się bez problemu w toalecie, szukam z kolei miejsc, w których dziewczynki będą miały kącik do zabawy i swoim zachowaniem, nie będą przeszkadzały innym. Rozumiem, że część matek może być oburzona felietonem, ale na miłość boską, pomyślmy czasami o innych! Czy naprawdę musimy eksponować dziecięce pupy i zawartość ich pieluch w miejscach publicznych? Dla nas jest to widok codzienny, ale dla innych, niekoniecznie.

Na samą redaktorkę Kublik zaczęła się istna nagonka. Pojawiły się komentarze, że na pewno nie ma dzieci, że jest bogatą singielką, która chce żyć na całego. Jakże łatwo jest kogoś osądzać, kompletnie go nie znając! Absolutnie nie bronię Pani Agnieszki, bo z wieloma jej wcześniejszymi tezami najzwyczajniej w świecie się nie zgadzam, ale zachowajmy w takich sytuację odrobinę zdrowego rozsądku. Z tego co wyczytałam, Pani Kublik ma dzieci, więc temat obcy pewnie jej nie jest. To, że ma znajomych z USA, to przecież też nie grzech. No ale skoro była na tyle odważna, że napisała felieton o „kupie na talerzu”, i wyraziła w nim swoją dezaprobatę takich zachowań, to trzeba było ją troszkę zmieszać z błotem.

Przy okazji afery pampersowej, Pani Kublik poruszyła jeszcze temat sikania dzieci „po krzakach”. Opisała sytuację, kiedy na placu zabaw, jedna z matek, na trawniku przy piaskownicy, na oczach innych, zdjęła synkowi majtki i kazała mu się wysikać. Hmm…sikanie na trawie, w krzakach czy w rowie, jest tematem mi znanym i pewnie każda matka, która uczyła swoje małe dziecko radzenia sobie bez pieluchy doskonale wie, o czym mowa. Kiedy dziecko wypowie magiczne słowo „SIKU” lub „KUPKA”, niczym Robert Korzeniowski, pędzimy w najbliższe dostępne miejsce, co by zdążyć na czas. I owszem, zdarzało mi się wysadzać dziewczyny gdzieś w lesie, na trawie itd., ale z dala od ludzi i w miejscu, w którym przypadkowe siku, nikogo nie zgorszy.

Inną kwestią jest ciąg dalszy felietonu, napisany przez koleżankę Pani Agnieszki z USA, która w tym czasie była z nią w restauracji. Same jej wyjaśnienia dot. zwyczajów społecznych w Stanach Zjednoczonych było bardzo logiczne. Jednak jej wywody na temat tego, że z małymi dziećmi nie powinno się daleko podróżować, albo wychodzić do restauracji, to już uważam za idiotyzm. Rozumiem, że obce dzieci mogą czasami irytować swoim zachowaniem, ale nie obliguje to tej Pani, do nazywania dzieci bachorami! Śmiem twierdzić, że w tym wypadku, należałoby tej Pani przypomnieć podstawy dobrego wychowania. Teza dotycząca bezsensowności dalekich podróży z dziećmi, lub chodzenia z nimi do restauracji, jest rodem z czasów średniowiecza! Rozumiem zatem, że teraz wszyscy posiadający małe dzieci, powinni siedzieć w domu, a podróżować wyłącznie swoim autem, co by innym nie przeszkadzać? Wszystko to kwestia wychowania, dawania dzieciom dobrego przykładu, ale także umiejętnego przygotowania się np. do podróży, zabierając ze sobą takie zabawki i gadżety, które umiejętnie je zajmą przez dłuższy czas.

Cały felieton: Pampers z niespodzianką. To nie jest feleton przeciwko matkom.
Cały felieton: To ja byłam z Agnieszką Kublik. Pampers w restauracji.

Afera pampersowa, czyli moja odpowiedź na felieton A. Kublik "Pampers z niespodzianką"

fot. 123rf