Isaura

Share

Ten tydzień zdecydowanie nie należał do najłatwiejszych…Rzekłabym, że było to istne szaleństwo zarówno w pracy, jak i w domu. Już od początku września, kiedy Lena poszła do szkoły, jakoś nie mogę się ogarnąć. Wiecznie jestem gdzieś spóźniona, wiecznie nie mogę się z czymś wyrobić i wiecznie coś jest do zrobienia. Jak mówi staropolskie przysłowie „biednemu wiatr zawsze w oczy”…i coś w tym jest.
A wszystko zaczęło się od szkoły… Trzeba było zacząć wstawać wcześniej, bo przecież od września tysiące zmotoryzowanych rodziców znów wyruszyło na trójmiejskie ulice i tym samym powrócił mój ukochany korek. Musiałam też zacząć przygotowywać drugie śniadanie dla Lenki do szkoły i dopiero wtedy doceniłam całodzienne wyżywienie w przedszkolu. Do tego wszystkiego doszło dowożenie Inki do niani i tym samym rano mam do ogarnięcia nie dwójkę, a trójkę dzieci (trzecie dziecko to oczywiście Karol). Tak więc pobudka to już nie 6:00 rano a 5:30, prysznic, włosy, 15 minutowe pielgrzymki do szafy w nadziei, że znajdę coś odpowiedniego do ubrania, potem make up i można powiedzieć, że ja jestem gotowa. Niestety dopiero teraz zaczynają się schody i muszę obudzić śpiocha Lenę, która niczym tatuś strzela fochy, jak tylko ktoś śmie coś od niej chcieć z samego rana. Śniadanko, poranna toaleta i powtarzanie jak mantra prośby, aby córcia się w końcu ubrała. Córcia niestety zazwyczaj ma inne plany, bo w końcu o 6:30 trzeba porysować, obejrzeć bajeczki albo pobawić się kucykami. Liczę wtedy do miliona i jak katarynka powtarzam prośbę, aby się ubrała. Na szczęście pobudka Iny jest znacznie łatwiejsza, bo ona podobnie jak mamuśka, jest rannym ptaszkiem. Potem biegam po całym mieszkaniu z gaciami w ręku próbując ją ubrać, bo małpa widzi w tym rewelacyjną zabawę ;) Na sam koniec Izaura budzi trzecie dziecko – tatusia, który na szczęście potrafi sam się ubrać i umyć ;) Ja co chwila zerkam na zegarek i biegam ze sraczką, żeby tylko się nie spóźnić. Karol przed wyjściem przejmuje Inę i odwozi do niani, a ja z Leną jedziemy do szkoły, oddalonej o jakiś 1 km. Żeby jednak za łatwo nie było, to od roku mamy na trasie jeden wielki remont i żeby do niej trafić, muszę dojeżdżać od dupy strony. I tak właśnie dzień w dzień wyglądają moje szaleńcze poranki a ja zastanawiam się, o której musiałabym wstać, żeby zrobić wszystko na spokojnie.
Żeby utrzymać dzienną dawkę adrenaliny, po pracy znów zaczyna się sraczka, czy zdążę odebrać Lenę ze świetlicy. Pędzę zatem na złamanie karku…(mocno w przenośni, bo zazwyczaj stoję w korku), a jak dojadę, z wywalonym językiem po pokonaniu tysięcy schodów, odbieram Lenkę ze szkoły.…Dopiero wtedy jestem już spokojna. Cóż za błogi stan, kiedy nic ani nikt mnie nie goni i w spokoju mogę jechać np. na zakupy do Biedry. Potem wracam niczym wielbłądzica do domu, bo miałam jechać tylko po owoce, a wyszło jak zawsze. Tachając zgrzewkę wody, zgrzewkę mleka , tonę innych zakupów, swoją torebkę i laptopa, moja córcia zazwyczaj wtedy robi się już zmęczona i dorzuca mi jeszcze swój plecak. Serialowa Isaura jak w mordę strzelił ;)
A najdziwniejszy w tym wszystkim jest fakt, że ja to lubię...

Z tego miejsca pozdrawiam wszystkie zabiegane i zapracowane mamuśki!

Izaura

www.crappypictures.com